fanatyk w riese i górach sowich
Mój stary to pieprzony fanatyk kompleksu Riese i Gór Sowich. Cała sypialnia starych zajebana mapami gór, książkami o Riese, makietami gór, rakiet V2 i różnych innych pierdół no i oczywiście audiobookami i DVD z Sensacjami XX wieku. Chociaż tych ostatnich już nie mamy po tym jak stary na ostatnim wyjeździe pokłócił się z Wołoszańskim właśnie w Górach Sowich i wyjebał z domu wszystko co z nim związane jak tylko wróciliśmy do Warszawy. Ale do tego dojdę później. W każdym razie nawet jeśli starzy by się bzykali to nawet bym się nie zorientował wchodząc do ich pokoju bo pokój jest tak zajebany, że do łóżka prowadzi jakiś labirynt. Czasami matka jak ma wszystkiego dosyć to rozkłada sobie polówkę i śpi w salonie.
W majówkę, jak co roku pojechaliśmy ze starymi i siostrą w Góry Sowie. Wszyscy cieszyli się, że w tym roku majówka będzie zajebiście długa, bo wyjazd za granicę na All exclusive, a w najgorszym wypadku jakiś grill nad Zegrzem. Wszyscy oprócz mnie, siostry i matki, bo wiedzieliśmy co to oznacza. Jebanych 9 dni zapierdalania tymi samymi szlakami co zawsze i patrzenia na ojca zlewającego się nad każdą jebaną żelbetonową konstrukcją z tamtych okolic. Zresztą jeżdżenie tam co roku nie było by nawet takie złe, biorąc pod uwagę, że jesteśmy tam kilka razy w roku. Jakieś 2 lata temu sam przez swoją głupotę przyczyniłem się do tego, że jesteśmy tam jeszcze częściej bo zaproponowałem, żebyśmy może pojechali gdzieś na narty. Stary na początku stwierdził, że zima to nie pora roku na wyjazdy ale po chwili jego oczy nabrały blasku jakby właśnie odkrył kolejną jebaną sztolnie. Skurwiel zmiarkował, że na narty można jechać w Góry Sowie – my sobie pojeździmy a on pozapierdala po szlakach bo w zimie to może dostrzeże coś nowego, czego nie widział tam w lato. Super tok myślenia idioto – na pewno kilkanaście centymetrów śniegu ci na to pozwoli. No i tak jeździmy tam również w zimę – ojciec widzi we mnie sprzymierzeńca i jeszcze więcej napierdala mi o projekcie Riese Olbrzym. Jakby tego było mało, starsza i siorka mnie nienawidzą bo to przeze mnie tam jeździmy.
W ogóle to według starego nie ma potrzeby jeździć gdzie indziej – w lato jeździmy tam bo jest piękna pogoda. Chuj, że człowiek poopalał by się i poleżał na plaży nad Bałtykiem. Stary zawsze zbywa nasze pomysły i mówi, że nad morzem to bydle i mnóstwo ludzi a w Góry Sowie to tylko inteligentni pasjonaci historii i natury jeżdżą. A jak chcemy się pokąpać to przecież możemy pojechać nad jezioro Bielawskie. A właściwie akwen, taki większy i głębszy niż na Polu Mokotowskim w Warszawie. Z tym zresztą jest związana śmieszna historia – matka mi opowiadała bo ja byłem za mały, żeby to pamiętać. Jakoś chyba w latach 90-tych ten teren z jeziorem, akwenem czy chuj wie czym został sprzedany przez miasto jakiejś dzianej babce, Amerykance polskiego pochodzenia czy na odwrót. No i ona wymyśliła, że wypompuje stamtąd wodę i postawi tam jakieś bloki mieszkalne. Jak do starego zadzwonił jakiś kumpel z Bielawy i mu o tym powiedział, to ten dostał takiej piany, wsiadł do fiata 125 p, którego wtedy mieliśmy i pobił rekord trasy Warszawa – Bielawa. Jebany dojechał tam w 3,5 godziny – teraz jedzie się tam koło 4 a wtedy nie było tam takiego dobrego połączenia ze stolicy. Ojciec najgłośniej pikietował, zapierdalał z transparentami, że Targowica i takie tam. Robił niesamowitą inbę w każdym urzędzie w dolnośląskim, o którym tylko usłyszał. Stary wrócił do domu dopiero po tym jak miasto z powrotem odkupiło tereny od tej laski i zapełniło akwen. Wrócił zajebiście zadowolony ze złożoną z palców wiktorią, jak Wałęsa obalający komunę. Najlepsze jest to, że kręcił takie inby a jak wypompowali wodę to przychodził i z mułu wyciągał ryby xD więc wrócił z kilkunastoma kilogramami jakichś ryb. Samochód tak jebał, że matka przez rok wolała jeździć autobusami i tramwajami, więc do rodziny zawsze jeździliśmy osobno – ja z matką i siostrą a ojciec sam.
Trochę zboczyłem z tematu – więc jedziemy na majówkę w Góry Sowie. Znowu. Super urlop tato. Stary już od powrotu z nart planował kolejny wypad. Umówił się nawet z jakimś Stefanem z Walimia, że wynajmie u niego jakieś dwa pokoje na majówkę bo Janusz z Głuszycy już go wkurwia i do tego złodzieja jeździł nie będzie. Ale jak zadzwonił kilka dni temu, żeby potwierdzić rezerwację to Stefan coś kręcił, że mu podmyło chatę i że nic z tego. Później okazało się, że ten Janusz zna się ze Stefanem i powiedział mu, że takiego chuja jak mój ojciec to jeszcze nie gościł. Więc Stefan się wypiął. Na szczęście ojciec dowiedział się o tym dopiero jak wróciliśmy do Warszawy.
Jak się dowiedział, że nie mamy gdzie spać to zaczęło mu się palić koło dupy. Mogliśmy zapomnieć o oglądaniu telewizji bo całymi dniami szukał jakiegoś noclegu pod hasłem Agorturystyka Sowie Góry na 555 stronie telegazety. Matka oglądała Na Wspólnej na 5 calowym czarnobiałym telewizorku w kuchni. Ojciec oczywiście nic nie znalazł, więc zaczął męczyć mi bułę, żebym poszukał w Internecie. Spisywał sobie w tym swoim kajeciku numery telefonów i dzwonił. Nie mógł nic znaleźć w pobliżu gór, więc zaczął szukać dalej. A właściwie to kazał szukać dalej mi. No i znalazłem jakieś noclegi w Dzierżoniowie. Stary wkurwiony ale nie miał wyboru – wiedział, że na namiot jednak jest za zimno. Ale ile się nagadał, że to granda, że on honorowy obywatel gór sowich (sam sobie nadał taki tytuł i wygrawerował medal w decathlonie xD) będzie musiał dojeżdżać codziennie na szlaki blisko 20 kilometrów. Tak naprawdę wkurwiał się tylko dlatego, że podczas swoich spacerów nie będzie mógł chlać swojego ulubionego browaru sowiego z prędkością 2 butle na kilometr, bo trzeba będzie wrócić na noc do noclegowni samochodem. Całe szczęście, że żadne z nas – ani ja, ani matka ani siostra nie mamy prawka.
Jak już przeszedł mu ból dupy, to zaczął się pakować. To jest rytuał. Z szafy wyciąga kamizelki i spodnie bomber, oczywiście wszystko w moro, żeby dobrze maskować się w górach. Majtek i skarpetek to bierze po dwie pary bo szkoda mu miejsca a poza tym to cały dzień jest na powietrzu i wszystko się ładnie wietrzy. Chuj, że po takim wyjeździe skary są sztywne jak sople lodu. Generalnie wszystkie ciuchy mieści w reklamówce z biedronki ale i tak jeździmy z dodatkową przyczepą (jakby kombi było za małe), bo stary zabiera cały rynsztunek samozwańczego eksloploratora kompleksu Riese Olbrzym (zawsze mówi o tym w ten sposób – nie Riese, tylko KOMPLEKS RIESE OLBRZYM, jakby to miało kurwa świadczyć o tym, że jest znawcą tematu). Więc zabiera te wszystkie mapy, książki, notatki z poprzednich lat i oczywiście wykrywacz metalu, w nadziei, że odkryje jakąś nieznaną dotąd sztolnię. W ogóle od jakiegoś czasu jakoś dyskretniej korzysta z tego wykrywacza – nie wiedziałem o co chodzi, dopóki któregoś razu nie usłyszałem jak kurwi na czym to świat stoi, że trzeba mieć pozwolenia na szukanie skarbów wykrywaczem metalu. Tak się zapieklił, że poszedł do jakiegoś prawnika, żeby znaleźć kruczek prawny. Od tej pory, jak bagiety złapią go w lesie z wykrywaczem to mamy potwierdzać jego wersję, że szuka obrączki starej bo wczoraj spacerowaliśmy tą samą drogą. Pierwsze dwa razy się udało, teraz ciągle dostaje mandaty, których nie przyjmuje, sprawa ląduje w sądzie grodzkim, który uznaje ojca za winnego i co chwilę przychodzą do nas jakieś pisma wzywające do zapłaty. Ojciec specjalnie na te mandaty założył jakieś konto oszczędnościowe, na które co miesiąc przelewa hajs i płaci jak przyjdzie wezwanie xD
Z Warszawy wyjeżdżamy zawsze koło 3-4 nad ranem, żeby nie tracić dnia. Ładujemy się do auta, wszyscy wkurwieni. Oprócz starego oczywiście, który już godzinę wcześniej jest przy samochodzie pijąc kawę z termosu i wybierając, którego audiobooka Wołoszańskiego posłuchamy na początek. Odkąd dojazd jest dobry (A2 i S8) podróż mija dość szybko – stary skacze między pasami, żeby nie jechać dłużej niż 4 godziny. Sikać nam każe na zapas, żeby nie tracić czasu na pierdoły w trasie. Przez połowę podróży słuchamy Wołoszańskiego a przez kolejną połowę starego, który albo powtarza to, co właśnie powiedział pan Bogusław albo to, co wyczytał w książce, którą przeglądał na sraczu zaraz przed wyjazdem.
Na miejsce dojechaliśmy chwilę przed 8 – stary zadowolony, że dobry czas, ale wkurwiony, że nie mamy noclegu w jakiejś swojskiej agroturystyce, w której mógłby zamęczyć gospodarza pytaniami i wywodami o kompleksie RIESE OLBRZYM a w jakiejś dzierżoniowskiej noclegowni, w której stacjonują Ukraińcy pracujący przy budowie jakiejś drogi. No ale chuj, ważne, że w końcu dolnośląskie, że w końcu Góry Sowie. Stary kazał nam wszystkim zostawić rzeczy w pokojach, wyszczać i wysrać się na zapas bo on już zaplanował dzisiejszy dzień. Kurwa, dopiero co przyjechaliśmy, daj odpocząć typie. Będziesz odpoczywał jak wrócisz ze spaceru anon. Zajebiście.
Stary planuje każdy dzień wyjazdu z wyprzedzeniem, żebyśmy nie wpadli w rutynę. Dowcipniś. W każdym razie ten wyjazd postanowił zacząć od sztolni walimskich. No więc wsiadamy do auta i ruszamy na Walim. Przyczepa oczywiście z nami. Droga do Walimia to w jednej trzeciej serpentyny więc ciągle nas zarzucało na boki, bo ojciec ma w dupie bezpieczeństwo jak już czuje zapach podziemnych żelbetonowych konstrukcji. Jak dojechaliśmy na miejsce to jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu jak już widziałem szepczących między sobą przewodników i pracowników kompleksu, że oto przyjechał honorowy obywatel gór sowich. Wiedzą o tym bo stary dumnie zapierdala z tym medalem na szyi przez cały wyjazd. Jak podchodzimy do kasy bo kasjerki nerwowo przewracają oczami, żeby tylko nie złapać ze starym dłuższego kontaktu wzrokowego bo ten znowu zacznie pierdolić, że bilety drogie, że powinien dostać zniżkę jako stały klient itp. Już kilka razy słyszałem jak kasjerki szepczą do siebie, że skurwiela mógłby jebnąć w końcu samochód bo niby generuje jakieś 20% zysków sztolni z turystyki to jednak takiego chuja jak on Góry Sowie jeszcze nie widziały. Na mnie, matkę i siostrę patrzą jak na ofiary przemocy domowej i zawsze oferują ciepłą herbatę jak ojciec idzie się złamać przed zwiedzaniem.
Oczywiście stary nie kupuje jednej wejściówki – sztolnie w Walimiu w sezonie są otwarte od 9 do 17, więc bierze po dwa bilety dla każdego z nas i wchodzimy tam godzina po godzinie bo stary lubi słuchać (albo wdawać się w awantury) z różnymi przewodnikami. Czekając na wejście oczywiście słuchamy o rozmachu projektu. Najśmieszniejsze jest to, że stary to kompletna noga z historii – nie ma pojęcia o niczym oprócz Riese Olbrzym. Pierdolą mu się fronty, daty i nazwiska – ostatnio pomylił doktora Mengele z doktorem Zembalą, kurwa co za koleś xD. W technikum dopuścili go do matury tylko i wyłącznie dlatego, że wyciągnął dwóję z historii opowiadając o raporcie Alberta Speera. Na pięć minut przed wejściem stary pali ostatniego kiepa i z nerwowym podnieceniem wydeptuje ziemię tuż przed wejściem. Kiedy przychodzi przewodnik stary oczywiście jest na samym przedzie, żeby czasem nikt nie był przed nim albo go nie zagadał. Przewodnik jak go widzi to tylko puszcza wiązankę przed nosem i robi znak krzyża, żeby godzina szybko leciała. Ojciec po wizycie oczywiście chce jeszcze zagadywać przewodników ale ci są już na niego tak wkurwieni, że zbywają go swoimi obowiązkami.
Wchodzimy do środka, po raz nie pamiętam który w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jak zwykle zatrzymujemy się przy warowni, a przewodnik opowiada o podstawowych rzeczach związanych z Riese Olbrzymem. Stary już zna to wszystko na pamięć i dokańcza zdania przewodnika. Jedyna wiedza, którą trzyma w tej durnej głowie to dane z raportu Speera – koszt inwestycji, przeznaczenie, ilość betonu itp. Jak w krzyżówce trafi się jakieś hasło związane z górami lub kompleksem to napierdala o tym przez kilka dni, wyrywa kartkę z krzyżówką i odkłada do swojej kolekcji. Na ogół to jedyne hasło, które zna w całej krzyżówce. Przewodnik nawija, nawet my z matką i siostrą znamy już to na pamięć i czekamy aż ojciec pierwszy raz wybuchnie, jak ten wspomni, że praktycznie niemożliwe, żeby kompleks był budowany pod tworzenie i wystrzeliwanie rakiet V2 i bardziej prawdopodobne, że miały to być kwatery Hitlera i spółki. Ojciec dostaje wtedy strasznej piany i wdaje się z przewodnikiem w polemikę, że chuja wie i żeby nie oceniał skoro istnieją jeszcze nieodkryte sztolnie (tak tak, właśnie po to mu wykrywacz metali…). Drugi raz bólu dupy dostaje jak przewodnik stwierdza, że Hitler osobiście nigdy nie odwiedził kompleksu. Stary na to znowu, że chuja wiedzą, że co z tego, że nie ma dokumentu potwierdzającego tam jego obecność, że równie dobrze można stwierdzić, że jednak tam był bo nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego, że go tam nie było. No kurwa, jak Korwin i jego teorie o tym, że furher nie wiedział o holokauście.
Skoro mowa o polityce, to w ogóle na całą politykę stary patrzy przez pryzmat Gór Sowich i kompleksu Riese Olbrzym. Za komuny do partii nie wstąpił tylko dlatego, że miał ból dupy o to, że po wojnie czerwoni wysadzili większość wejść do sztolni, żeby cywile się tam nie pchali i krzywdy sobie nie robili. Zawsze powtarza, że komuna nie była taka zła i że ścieżki zdrowia go zahartowały a mięso i gorzałę zawsze jakoś sobie skombinował ale to co te chuje zrobiły ze sztolniami to im nigdy nie wybaczy. Po upadku komuny zawsze przed jakimiś wyborami czyta programy wszystkich większych partii i szuka czy jest coś o planach dotyczących Gór Sowich i kompleksu Riese Olbrzym – czy np. pozwolą na dalszą eksplorację i ją sfinansują, żeby rozwiązać największą wg niego zagadkę XX wieku. Oczywiście w żadnym programie żadnej partii przez 30 ostatnich lat nie pojawiły się takie informacje, więc stary pisał w chuj pism do rad krajowych wszystkich liczących się partii, żeby coś z tym zrobili. Nie dostał chyba żadnej odpowiedzi bo zawsze w niedzielę wyborczą jak idziemy głosować to on siedzi naburmuszony w domu i pierdoli pod wąsem, że wszystkie partie mają go w dupie jako obywatela i on pierdoli to głosowanie.
Pierwsza godzina zwiedzania nareszcie minęła, stary zawsze wychodzi z niej zarówno podniecony jak i wkurwiony. Widać jaki jest zajarany ale też szepcze sobie pod nosem wiązanki na przewodnika. Od razu po wyjściu ustawia się w kolejce do następnej grupy. Przewodnik przekazuje następnemu, że przyjechał ten popierdol z Warszawy i żeby sobie lepiej łyknął nerwosol bo ojciec znowu wszystkich wkurwia. Druga godzina zwiedzania mija bardzo podobnie z tym że stary się zagapił i przyjebał solidnie kaskiem w skałę – przewodnik nawet nie ukrywał satysfakcji.
Zanim ruszymy dalej stary zarządza przerwę – siadamy na ławce z widokiem na atrapę rakiety V2 (co wg ojca jest potwierdzeniem, że Niemcy tutaj chcieli pracować nad tą bronią a cała masoneria związana z kompleksem mydli oczy społeczeństwu a „media milczo”) i wpierdalamy kanapki z kiełbasą i jajkiem bo wg ojca musi być swojsko. Stary się nie ceregieli i w kolejnej sztolni beka tą zabójczą mieszanką a innym zwiedzającym mówi, że to siarka tak jebie xD. Po drugim śniadaniu zajarany obwieszcza, że idziemy do kolejnej sztolni – miasta podziemnego Osówka. Idziemy czarnym szlakiem martyrologicznym. Dzisiaj jeszcze nie używa wykrywacza bo to zostawia sobie na kolejne dni. Dzisiaj napawa się naturą i żelbetonowymi konstrukcjami po drodze między jedną sztolnią a drugą. Więc zapierdalamy aż dojdziemy do miejsca w którym jest jakiś stary budynek, który nazwali Kasyno i jakieś fundamenty niedokończonej budowy, które nazwali Siłownią. Zawsze spędzamy tam ze dwie godziny bo stary musi po raz pięćdziesiąty obejrzeć każdy element obu konstrukcji. Na każdej uroczystości rodzinnej opowiada ten sam durny dowcip. Że on to podczas urlopu zawsze chodzi najpierw do kasyna na potem na siłownię. Hehehe, zajebiście śmieszne. Tak śmieszne, że na wigilię wszyscy z ojcem chcą się jak najszybciej podzielić opłatkiem i zająć miejsce jak najdalej od niego, żeby nie paść ofiarą jego pierdolenia o projekcie Riese Olbrzym.
Kilka lat temu przy wigilii ojciec usiadł koło wujka, brata matki. Na początku było miło ale gównoburza zaczęła się jak temat zszedł na II wojnę światową i konstrukcje budowlane III Rzeszy. Wujas już nieco podpity zaczął ojca podpuszczać i gadał, że Wilczy Szaniec to zajebista kwatera, że Hitler przynajmniej tam był, że to był ważny ośrodek bo jak Niemcy się cofali to niszczyli jak najwięcej, żeby nie dać nic komuchom za darmo. Ojciec słuchał i czerwieniał z minuty na minutę, wszystkie żyły powychodziły mu na tej łysej wąsatej japie a ręką mimowolnie napierdalał w stół. Trzeba staremu oddać, że poczekał aż wujas skończył swój wywód. I zaczęło się. Ojciec zaczął piłować mordę na wujasa, że Wilczy Szaniec to gówno przy Riese Olbrzymie i żeby sobie koszty porównał, bo Riese to 150 milionów rajchmarek a szaniec to tylko trochę ponad 30, że na Riese planowano zużyć tyle a tyle betonu, że pracowało przy tym tylu a tylu pracowników przymusowych, etatowych, więźniów obozów, że budowało to kilkadziesiąt firm górniczych z całej Europy, że z Riese Niemcy zamaskowali to, co faktycznie miało znaczenie a to co jest dzisiaj dostępne to tylko wierzchołek góry lodowej. Jak już skończył to powiedział, że z tą mendą nie będzie w święta przy jednym stole siedział, zgarnął matkę i nas i wyszedł. Wrociliśmy po pięciu minutach bo zapomniał, że wigilia jest u nas. Wszedł i kazał wypierdalać wujasowi, jego rodzinie pozwolił zostać, pod warunkiem, że przyznają rację staremu. Wszyscy wyszli. Do dzisiaj nie utrzymujemy kontaktów, matka tylko po kryjomu spotyka się z bratem lub dzwoni do niego jak starego nie ma w domu.
Wracając do szlaku – w tym roku ojciec chwycił Boga za nogi, tak przynajmniej myślał na początku. W okolicach siłowni dostrzegł znajomą postać. Okazało się, że to Bogusław Wołoszański we własnej osobie. Od razu pomyślałem, że będzie się działo i będę zdziwiony, jeśli obejdzie się bez żadnej inby. Na początku ojciec był wniebowzięty – mało osób darzy takim szacunkiem jak pana Bogusława. Zaczął mu gadać jak to go podziwia, jak ma wszystkie jego odcinki na dvd a kiedyś na kasetach vhs, że audiobooków słucha cała rodzina i tego typu pierdy. Pan Bogusław chętnie słuchał i się uśmiechał, nie dając po sobie znać, że chciałby pracować w spokoju. W pewnym momencie stary zaczął podpytywać jak to było z tymi odwiertami we Włodarzu i nagłym cofnięciem zgody na kontynuowanie prac. Pan Bogusław delikatnie mówił, że nie za bardzo może o tym rozmawiać ale ojciec naciskał. W końcu prowadzący sensacje XX wieku kategorycznie odmówił rozmowy na ten temat i rozmowy w ogóle bo miał już starego dosyć. Ten oczywiście dostał piany i zaczął mu wrzucać, że powinien był się domyślić, że to taki sam mason jak reszta towarzystwa, która ukrywa prawdę przed społeczeństwem i że nie powinien traktować jako idola kogoś kto współpracował z SB. Na odchodne powiedział panu Bogusławowi, że całą kolekcję dvd, audiobooków i książek wypierdoli na śmietnik. Tym oto sposobem stary wpisał na listę wrogów publicznych kolejną personę po Grupie Poszukiwawczej Riese i kilku innych lokalnych organizacji, stowarzyszeń, polityków i urzędników.
Do końca dnia stary był wkurwiony. Nie pomogło nawet zwiedzanie Osówki. Ojciec był w takim stanie, że nawet nie kłócił się z przewodnikiem. Na pocieszenie wykupił sobie tylko ekstremalną trasę po Osówce na któryś z następnych dni. Zajebiście – będziemy mieli od niego jakieś 6 godzin spokoju. Po wszystkim wróciliśmy do domu i stary nie odzywał się do nikogo przez resztę wieczoru. Jak przebudziłem się w nocy to usłyszałem tylko jego szloch jak po kolejnym kielichu mówił coś w stylu „Bogusław, ty suko”.
Następnego dnia nadal był w minorowym nastroju ale nie zmienił planów – jechaliśmy do Włodarza. Ekipa już wiedziała, że przyjeżdżamy bo ochrona sprawdzała fury przed bramą i porównywała kierowców i pasażerów ze zdjęciami starego, które mieli w ręku. Oczywiście we Włodarzu najebane ludźmi, kolejka do kasy biletowej, w której znowu padł terminal płatniczy. Na szczęście stary ma swój piterek z kasą i to plastikowe gówno, rozmieniarkę na monety. We Włodarzu każda grupa zakłada inny kolor kasków co pozwala na uniknięcie sytuacji, w której ktoś na jednym bilecie próbuje wejść do sztolni dwa razy. Nie zgadniecie przez kogo wprowadzili takie rozwiązanie. Przez starego, który kilka lat temu spędził w ten sposób cały dzień oszukując system xD. Zwiedzanie każdej sztolni jest podobne więc nie będę się rozpisywał. Raz tylko ojciec wpierdolił się do wody w tej przeprawie z łódkami bo chciał cyknąć jakąś fotkę i za bardzo się wychylił. Po wyjściu ojciec zawsze spędza godzinę przy stoiskach z ciuchami moro, maskami wojskowymi itp. Ale nic nie kupuje, bo na Olimpii taniej.
Oczywiście ciągnie nas na spacer po naziemnych atrakcjach Włodarza. Trwa to jakąś godzinę-półtorej. Zależy jaki humor ma stary. Kiedyś wjebał się w ten mały strumyczek i skręcił sobie kostkę. Strasznie bóldupił, że nie dokończy zaplanowanych na następne dni aktywności. To były jedne z piękniejszych wakacji.
Z Włodarza jedziemy do Sobonia. Tutaj ojciec zawsze się nakręca i napierdala na czym to świat stoi, że można zwiedzać tylko naziemne zabudowy i dlaczego wnętrze nie jest udostępnione. Nakręca się i jeszcze bardziej wkurwia, że pozostałe 2 kompleksy też nie są udostępnione dla turystów. Poza tym on jako honorowy obywatel Gór Sowich powinien mieć dodatkowe względy.
Tak mija kolejny dzień. Stary poprawił sobie trochę humor. Na tyle, że zaprosił mnie do wieczornego picia wódki i rozmawiania o Riese Olbrzymie. Uczynił mnie jedynym spadkobiercą swojego sowio górskiego majątku po jego śmierci. Wspaniale, będzie się świetnie paliło.
Kolejne dni to zapierdalanie ojca z wykrywaczem metalu w poszukiwaniu nieodkrytych sztolni. Jak co roku, efekt jest ten sam – stary myśli, że wpadnie na coś na co ludzie pracujący tam na co dzień nie wpadli. Jeszcze nigdy nic nie znalazł, za to wyłapał już w chuj mandatów, o których mówiłem wcześniej. Ostatnio próbuje szczęścia nocą – kupił nawet noktowizor na aliexpress i czekał na przesyłkę 24 dni. Odliczał je wpierdalając codziennie jedną czekoladkę z zeszłorocznego kalendarza adwentowego. Jak przesyłka przyszła to tak się jarał, że w nocy budząc się na sranie zakładał go na łeb i szedł do łazienki nie włączając światła.
W dzień wyjazdu zawsze jeździmy jeszcze do Wałbrzycha, a w zasadzie do zamku Książ i tamtejszych podziemi. Wszyscy już wtedy jesteśmy zajebiście zmęczeni ale nie ma rady – stary to jedyna osoba z prawkiem i żywiciel rodziny, bo matka nie pracuje odkąd dostała jakichś psychoz i natręctw przez hobby ojca. Zwiedzanie przebiega identycznie jak wszędzie – fascynacja, zajmowanie pierwszego miejsca w kolejce, kłótnie z przewodnikiem, wyjście z delikatnym podkurwieniem ale i satysfakcją.
Po wszystkim wracamy do domu. Muszę przyznać, że dziwnie wracało się bez towarzystwa pana Bogusława ale to nie znaczy, że posłuchaliśmy radia jak normalni ludzie. Stary znalazł w klaserze dawno niesłuchanego audiobooka Tajemnice Gór Sowich. WSPA NIA LE. Do domu zajeżdżamy późnym wieczorem, bo ojciec sobie przypomniał drakę z Wołoszańskim, stracił panowanie i wpierdolił się w barierki na S8. Czekaliśmy na lawetę i auto zastępcze słuchając przez 3 godziny o tym, jak pan Bogusław mógł tak potraktować starego. Do wakacji zostały dwa miesiące. Mam 3 wyjścia – uciec z domu, powiesić się albo szykować się na kolejną wizytę w Górach Sowich. Nie ucieknę bo nie mam dokąd – cała rodzina skłócona ze starym, nie powieszę się bo brakuje mi odwagi. Do zobaczenia wkrótce projekcie Riese. Olbrzymie.
Komentarze