Radom
Śniło mi się, że wywieziono mnie do Radomia. Chyba za karę. Ale co ja takiego zrobiłem - tego mi nie wyjaśniono. Wywieziono mnie do Radomia i zostawiono na rynku ze związanymi sznurkiem rękami. Natychmiast rzucili się na mnie mieszkańcy. Wyrwali mi z kieszeni portfel, telefon, butelkę napoju Zbyszko 3 cytryny, zdjęli z nóg buty i zegarek z ręki. Jakiś wściekły pies z pianą na pysku również się na mnie rzucił. Zasłoniłem się rękami, a on przegryzł sznurek.
Uciekłem. Biegłem długo ulicami odchodzącymi od rynku. W końcu zmęczyłem się i zatrzymałem. Oparłem się o fasadę kamienicy i oddychałem głęboko. Wtedy ktoś otworzył okno i wylał na mnie pomyje. Zdjąłem marynarkę i wytarłem nią włosy, po czym wyrzuciłem ją do śmieci. Poszedłem dalej. Mijał mnie kondukt ludzi w czarnych płaszczach i kapturach z wymalowanymi na plecach czerwonymi krzyżami. Takie same krzyże malowali też na drzwiach kamienic, a ich mieszkańcy wyrzucali z okien trupy mężczyzn i kobiet. Zapytałem jednego z kapturników, co to za marsz umarłych. Odpowiedział, że to tylko rutynowe działania Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, który rozpoczął właśnie realizację pilotażowego programu „Aktywny samorząd” ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Poszedłem za konduktem kilka ulic, pomagając zbierać zagłodzonych na śmierć inwalidów z bruku. Przywódca kapturników kazał mi przyczepiać trupom plakietki z napisem „#popieramSzogunowskiego” i opierać truchła o ściany. Wyjaśnił, że za parę dni ma tymi ulicami przejeżdżać ubiegający się o reelekcję prezydent i należy zapewnić mu miłe przyjęcie. Zapytałem, czy nie lepiej będzie usadzić nieboszczyków na krzesłach, żeby się nie poprzewracali. Kapturnik popatrzył na mnie jak na idiotę. „Nie rób ze świętej pamięci ludzi terrorystów”, powiedział.
Zmęczyłem się. Skręciłem w boczną uliczkę. Usiadłem na przystanku. Koło mnie chodził gołąb. Był stary, chory i smutny. Wyglądał, jakby nie jadł od tygodnia. Ledwo się ruszał. Zrobił kilka kroków jedną stronę, kilka kroków w drugą, uderzył parę razy dziobem w chodnik, po czym zesrał się, położył na boku, zamknął oczy i umarł. Zupełnie mu się nie dziwiłem. Co innego można zrobić w tym kraju kwitnącej biedy. Co innego można zrobić w Radomiu. Przechodzący obok strażnik miejski zauważył śmierć gołębia. Zatrzymał się na chwilę, wypisał mu mandat za zaśmiecanie przestrzeni publicznej, położył go na gołębiu i odszedł. Podniosłem kartkę, zgniotłem ją i wyrzuciłem do kosza. Pochyliłem się nad gołębiem. Pogłaskałem go delikatnie po główce, a on otworzył oczy, spojrzał na mnie i powiedział cicho: „spierdalaj stąd. Spierdalaj, póki możesz”.
- Dokąd? - zapytałem. - Nie ma dokąd spierdalać.
- Spierdalaj do Dubaju.
- Dlaczego? Co jest w Dubaju?
- Gówno. Tam jest przynajmniej gówno.
Komentarze