Polski prawicowiec jest podobny do taksiarza
Rafał Ziemkiewicz, którego można nie lubić ale nie o tym jest ten wpis, ładnych parę lat temu napisał świetną książkę. Jest nią Polactwo, domorosła i publicystyczna analiza polskiej duszy, miejscami bardzo trafna, gdzie indziej trochę przesadzona. Ale warta przeczytania. W książce pada kilka tez, jedną z nich jest ta, że typem idealnym Polaka jest pańszczyźniany chłop. Z grubsza to prawda. Ale warto to uszczegółowić. Podgatunkiem Polaka jest polski prawicowiec. Co moglibyśmy o nim powiedzieć i do czego go porównać?
Gdyby wrzucić takie pytanie na grupę nieuleczalnych polskich prawicowców pewnie padłoby stwierdzenie, że do nieugiętego żołnierza wyklętego, który w przerwach pomiędzy „rekwizycjami” klepie zdrowaśki nad ryngrafem, albo do walecznego husarza, który własną piersią zasłonił Wiedeń, bo przecież tchórzliwi Niemcy sami sobie nie radzili !!1 Tak by pewnie było, ale to raczej dość oczywiste odpowiedzi. Co ciekawe, zadanie takiego pytania na grupie nieuleczalnej lewicy pewnie owocowałoby tymi samymi skojarzeniami, tyle że żołnierz wyklęty i husarz byliby odmalowani w negatywnych barwach, jako romantyczni wariaci i narzędzia w zbyt wielkiej dla siebie polityce, które poprzez ucieczkę w idealizm szukają własnego miejsca. Choćby w świecie wyobrażonym. To całkiem możliwe, ale to przecież tylko eksperyment graniczący z literacką konfabulacją.
Na szczęście mamy lepszą propozycję. Polski prawicowiec jest podobny do taksiarza. Taksiarza, który poszedł w politykę Prawicowy polityk w Polsce to taka typowa przydworcowa złotówa.
Dlaczego? Ależ to bardzo proste, o ile pobieżnie zna się historię taksiarstwa w III RP. Za późnej „komuny”, która tak naprawdę była niewydolnym biurokratycznym autorytaryzmem rządzonym przez bandę trepów i czynowników, taksiarz to był ktoś, zdziadzienie społeczeństwa stawiało go niemalże jako kogoś, kto jedną nogą już jest w kolejce pod Pewexem. Mógł wozić kogo chciał i to po kilka osób na raz, prezentować standardowy ówczesny poziom szacunku do klienta i jeszcze mu za to płacili. Złote czasy. Które niestety trochę się popsuły w latach 90.
Branża się powiększyła, spadły zarobki, taksiarstwo, szczególnie w większych miastach, stało się domeną ludzi, którzy z resortów siłowych zostali wywiani i musieli szukać zajęć innych niż utrwalanie władzy robotniczej. Ale potem było jeszcze gorzej. Dwa ostatnie wydarzenia polskiej historii taksiarstwa to prawie jak dwa pierwsze rozbiory (dlatego złotówy są takie nerwowe, czekają na trzeci). Najpierw przyszedł wymóg kas fiskalnych a parę lat później Uber. Te same złotówy najpierw robiły z siebie grupę rekonstrukcji historycznej „Syny Rothbarda” i darły się że „jak to, państwo nie ma prawa mi nakazywać i zmuszać mnie do zakupu kasy!” Kto pamięta ten wie, że protesty taksówkarzy dość skutecznie paraliżowały nie tylko polskie miasta, ale nawet polską stolicę. Wszystko to oczywiście w imię wolnego rynku, prawa do swobodnej konkurencji, niemieszania się państwa w gospodarkę i własnego zysku taksówkarzy. To przecież prywatny biznes i każdy ma prawo prowadzić go jak chce, po co kolejna regulacja, za którą przecież zapłacą klienci.
Ok, ale to było przecież dawno temu. Kto miał kupić kasę fiskalną ten ją kupił i jakoś się dalej żyło stojąc pod tymi złotymi tarasami i czytając magazyny dla wędkarzy. Aż przyszło zło z Zachodu, prawie jak w Starej Baśni. Zły globalny kapitalizm postanowił uwziąć się na z trudem wiążących koniec z końcem taksówkarzy, pozbawiając ich prawa do zarobkowania. Nielegalne przewozy, bez kasy, bez ubezpieczenia, sterowane przez bezosobową korpo gdzieś ze zgniłego Zachodu chcąc niszczyć mir polskiego transportu publicznego, którego częścią taksówkarze poczuli się nagle w pełni, rzuciły przeciw nim jakieś wynalazki, aplikacje i inne takie. Taksówkarze idąc więc z czapkami w ręku do państwa, swego obrońcy, stali się nagle grupą rekonstrukcji historycznej „ Pruscy urzędnicy” i z książkami Johna Austina w ręku zaczęli argumentować za nielegalnością innych przewozów, niż własne. Oczywiście w imię poszanowania praw, ale przede wszystkim dobra wspólnego, szacunku do klienta i dobrze rozumianego porządku.
I na podobne harce i zmiany frontów zawsze jest też skłonna polska prawica. Byleby dostać kromkę z posmarowanej strony. Jeżeli jest na to szansa – z mordy można zrobić sobie cholewę. I to bardzo szybko. Tyle że jest tu pewien zgrzyt.
W czym tkwi problem? Na pewno nie w tym, że taksiarze, a także taksiarze prawicowej polityki, o ile mogą, wybierają racjonalność instrumentalną, a nie aksjologiczną. Innymi słowy, wolą zaprzeczyć sami sobie byleby zarobić – i nie ma się czemu dziwić. Większość ludzi właśnie taka jest i narzekania na nich popychałoby ten profil w kierunku narzekań pięknoduchów na to, że ludzie są tacy a nie inni. Są jacy są. Problem tkwi gdzie indziej. W tym, że polska prawica jest tak mierna, że myli te dwa rodzaje racjonalności i używa ich nie wtedy, kiedy powinna.
Nie ma się bowiem co pieklić o to, że Szydło o cenach benzyny (jakże taksiarski temat) co innego mówi teraz a co innego mówiła wtedy, kiedy ludzie jeszcze pamiętali ją jako kogoś bez właściwości z ośrodka kultury w Brzeszczach – a nie kogoś bez właściwości z rady ministrów. Okej, fajnie się wywleka takie kwiatki i pokazuje hipokryzję, ale ta zabawa szybko się nudzi. Jest jak gra w chowanego, w której z daleka widać komu wystają nogi spod zasłonek.
Ale obserwacja polskiej prawicy może być też dużo zabawniejsza. Dość popatrzeć na te wszystkie okazy pełzające po listach gdzieś między miejscem czwartym a dziewiątym, albo pomiędzy jednym a czterema (i trzy czwarte) punktami procentowymi w wyborach rozgrywające swoje wielkie gry w świecie z domków z kart. Układy, spółdzielnie, przekręty, nagrywanie kolegów, screeny z fejsa, tajne grupki, wyciąganie od kolegów „ważnych informacji” przy wódzie. Pełna instrumentalność. W imię walki o obierki. Po to, aby dostać zaszczyt noszenia teczki, osiemset złotych na miesiąc, uścisk dłoni prezesa (albo choćby kogoś, kto nosi za nim teczkę), robotę w budżetówce za pieniądze takie, jakie może co szerzej uśmiechający się kelner wykręcić w lepszej knajpie dzięki napiwkom. Tak, tam wszyscy są nastawieni na zysk, oczywiście swój, a wielkie idee to tylko element gry i maskowanie domorosłego szweja przestrzeni publicznej, który ukryty za takim czy tam innym frazesem po cichu rozgrywa innych licealistów, a czasem nawet studentów drugiego roku informatyki. Starsi stażem zresztą nie są tutaj mądrzejsi, każde lokalne koło prawicowego działania ma swoich nestorów, często zasłużonych tylko tym, że są zwyczajnie starzy.
Bo to prawda, zasłanianie się Wielkimi Prawdami się zwyczajnie opłaca. Część ludzi w nie uwierzy, inni poczują się onieśmieleni pomyśleniem o ataku na ideowego żołnierza wyklętego, prawicowego lidera ze stowarzyszenia dla prawicowych liderów, polskiego patrioty. Cynizmu w polityce jest się dziś naprawdę gdzie uczyć. Niestety, część z tych nauk zawsze pójdzie na marne, trochę jak pierwotniaki na biologii w podstawówce. Szybką szkołą zapominania jest duża polityka. Ta dla dorosłych. Gdzie można dostać jako wiceminister całe tłuste siedem kafli (powaga! Tyle hajsu!) a stażystki są szczuplejsze, mają proste nogi i nie noszą aparatów na zębach.
Świetnie przygotowany cyniczny okaz po rozegraniu iluś tam kolegów i spaleniu iluś tam mostów wreszcie awansuje i dostaje się trochę wyżej. Myśli sobie, że teraz jego racjonalność instrumentalna będzie mogła swobodnie zmierzyć się z cudzymi racjonalnościami i ten, kto lepiej rozgrywa, lepiej kłamie, kręci, lepiej zasłania się ideami, ten wygra.
Nie w Polsce.
W Polsce każdy rozumie to, że radni osiedlowi się nienawidzą jak psy i będą zwalczać jeszcze w kolejnych pokoleniach. Ale ta wielka polityka (wielka w skali takiej, jaką jest w stanie wykrzesać z siebie bardzo przeciętne państwo w tak sobie ważnym rejonie świata) ma być wielka też ideami. Tego chcą wyborcy. Dlatego tak radośnie wszyscy witali przemówienie Trumpa. Bo on wiedział w co gra z krajowcami. Dlatego w polskiej polityce jest taka hiperbolizacja, przesada granicząca z operetką, deklamowanie wszystkiego dwunastozgłoskowcem i rozmowa o imponderabiliach. Tam, gdzie przydałby się zdrowy cynizm, od którego polityka nie powinna być wolna, tam dostajemy skretyniałych od eposu narodowego wieszczów, przez przypadek tylko będących politykami. I to dlatego w Polsce problemy typu jakie pomniki gdzie postawić i jak napisać takie a nie inne zdanie jakiejś uchwały potępiającej lub gloryfikującej coś tam, są ważniejsze od tego, czy jest ciepła woda w kranie. A kiedy ktoś przyznał, że jednak ta woda to chyba lepszy temat, to do dziś zbiera za to karę. Karę za mówienie prawdy. A cynik w dużej polityce ma przez to niby łatwiej, bo wystarczy, że będzie bajał o wielkich słowach, ale dla nas wszystkich tu na dole tak naprawdę to gorzej. Bo pomiędzy tymi cynikami nie ma racjonalnej gry na to, kto mniej zeżre i mniej naszkodzi, kto zrobi lepszy dil z Niemcami a kto z Ameryką. Jest tylko gra na to, kto będzie piękniej cytował Pana Tadeusza i kto bardziej obrazi lewaków z Zachodu. Mamy z tego zysk? Chyba nie.
Polski prawicowiec rzucony w wir polityki przekraczającej skalę szwendania się pod parlamentem i dziadowania na obierkach rezygnuje z racjonalności instrumentalnej i bardzo chętnie przyjmuje za swoją racjonalność aksjologiczną. Dlatego uważa, że siedem tysięcy ludzi tak leniwych, że aż na tyle sprytnych aby po socjal przejść na nogach pół kontynentu jest w stanie zniszczyć Polskę i że to nie o to walczył Sobieski pod Wiedniem (a jego Lipkowie to lewacka ściema). Dlatego twierdzi, że Słowacja nas zdradziła bo kupuje taniej to co my musimy kupić drożej i w dodatku potrafi dogadać się z Brukselą częściej niż my. I nawet byłoby to wszystko śmieszne gdyby nie to, że na cudzych scenach politycznych jest na odwrót. Że tam do polityki dużej idą ludzie ideowo zaprawieni, z dobrym, bo nie spalonym poparciem w terenie i wachlarzem kontaktów i znajomych wykraczających poza biernych i wiernych pomagierów. To tacy ludzie na zachodzie, z mocnymi nogami i jakimś dorobkiem potem biorą korepetycje z cynizmu. A u nas to cynicy na szybko muszą się odnaleźć w dość trudnym świecie idei, w dodatku z historyczną skoliozą, bo Polska, przez wzgląd na swoją oryginalną historię nie rozwijała się zbyt prosto i zatruty syf romantyzmu wybija szambo co i rusz. I niby jak ma to zrozumieć młodzian, który w życiu przeczytał tylko Grę o tron?
Ktoś powie, że to może nasz system jest lepszy. Chyba nie, sądząc po tym, że Polska wcale nie jest kluczowym graczem choćby europejskiej sceny a popisywać się możemy co najwyżej przed Chorwacją i Bułgarią. Ktoś inny zawoła, że polski polityk to nie jest taksiarz, bo taksiarz przynajmniej prezentuje jakąś racjonalność wtedy, kiedy powinien, umie dobrać jej rodzaje do okoliczności. I ten ktoś będzie już bliżej, a my przyznamy, że nasze porównanie polskiego prawicowca do taksiarza nie jest w pełni dobre. Bo taksiarz jest mądrzejszy. A obrazek? Był pod ręką. I świetnie pokazuje rozdźwięk pomiędzy ideą, a doczesnością. Co gorsza, to portret tzw. prawicy wolnościowej. Ale żeby zmienić go na portret prawicy katolickiej, ludowej czy narodowej wystarczyłoby tylko zmienić podpis. Obrazek za każdym razem będzie ten sam.
[OP]
Komentarze