Widmo nad Wadowicami
Widmo nad Wadowicami P.Czapla Z dedykacją dla Wrogów Wolności. Już niedługo wszystko się odmieni. Przedtem jednak, muszę zdobyć się na ostateczne wyznanie. Nie mogę dłużej utrzymywać tego w sekrecie. Okoliczności mające niegdyś miejsce, na zawsze zmieniły mój stosunek do pewnej świętej osoby. Sam tę osobę darzyłem niegdyś niemal boską czcią, wychowany w duchu tradycjonalizmu i chrześcijaństwa a cały mój zapał podsycała babka oraz ciotka z którymi utrzymywałem zawsze bliskie kontakty. Dwadzieścia lat temu pracowałem jako wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, praca pozornie łatwa i znośna, jednak rutyna dopada każdego. Postanowiłem odpocząć od codziennych obowiązków i wybrać się na krótkie wakacje. Pech chciał że z pośród wszystkich możliwych miejsc wybrałem Wadowice. Zwiedziony opowieściami babci o przepysznych kremówkach, ukochanych przez papieża polaka w jego rodzinnej miejscowości, nie sądziłem że w takim miejscu może znajdować się istna ostoja zezwierzęcenia. Spakowałem walizkę i wyruszyłem w podróż. Wsiadając do pociągu w Warszawie byłem jednym z wielu pasażerów, z trudem odnalazłem wolne miejsce w przedziale. Jednak im pociąg bardziej zbliżał się do Wadowic, tym bardziej się on wyludniał. Będąc tuż u celu mej podróży, pociąg zatrzymał się na ostatniej stacji, około dwadzieścia kilometrów przed Wadowicami. Jeden z kontrolerów nerwowo spoglądał w moim kierunku. Nie odezwał się ani słowem, nie sprawdził mojego biletu. Był czymś przejęty, roztrzęsiony, być może nawet przerażony. Byłem tym z lekka zaniepokojony lecz nie podjąłem żadnego działania. Z okna widziałem biegających w koło pracowników PKP, nie widziałem jednak dokładnie czym się zajmowali. Chwilę później usłyszałem pukanie. Do mojego przedziału wszedł kolejny kontroler. Poprosił o okazanie biletu a gdy już go obejrzał spojrzał na mnie z niewymownym lękiem. Przełykając ślinę zająknął się tylko że jestem ostatnim pasażerem w pociągu. Zaraz dodał że pociąg będzie miał opóźnienie bo muszą go zabezpieczyć – cokolwiek miało to znaczyć. Dowiedziałem się że ze względu na mnie tylko jedne drzwi pozostaną otwarte. Zaniepokojony rozsiadłem się próbując doczytać gazetę którą umilałem sobie podróż. Jednak w natłoku myśli które mną targały, a które rozważały dziwne zachowanie personelu pociągu, nie dałem rady skupić się na jej treści. Po niespełna czterdziestu minutach ruszyliśmy. Za oknem widziałem jedynie drzewa, migające mi przed oczyma na tle połaci niewielkich podzielonych pól, przy których gdzieniegdzie rozsiane były domki mieszkalne. Dochodziła czwarta, pociąg zatrzymał się a do mojego przedziału zawitał po raz kolejny znajomy kontroler. Podenerwowany zapytał czy nie będę miał nic przeciwko temu bym wysiadł wcześniej jeśli pociąg zatrzyma się tuż przed miasteczkiem. Spytałem czy pociąg regulaminowo nie zatrzyma się w Wadowicach. Kontroler wziął głęboki wdech i sięgając do kieszeni wyjął kopertę którą zaraz położył na siedzeniu tuż obok mnie. Zgodziłem się. Ale tytuł profesora nie pozwolił mi na przyjęcie łapówki. Uznałem że to nie przystoi, co dałem wyraźnie do zrozumienia odsuwając dłonią kopertę. Mój rozmówca był wyraźnie uradowany moją decyzją, szybkim krokiem ruszył w kierunku maszynisty. Dojeżdżaliśmy do Wadowic to też już chwile później pociąg zaczął zwalniać. Gdy stanął, do mojego przedziału zapukał po raz kolejny, jeden z konduktorów. Odprowadził mnie do drzwi które miały pozostać otwarte. Tuż obok nich stał kolejny z kontrolerów spod którego obfitego wąsa wydobywał się nerwowy zgrzyt zębów. Człowiek ten wyraźnie trzymał coś w kieszeni kurtki na klatce piersiowej. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że cały pociąg był zabezpieczony, jak gdyby przewoził co najmniej tonę złota. Gdy tylko wyszedłem, drzwi zatrzasnęły się za mną a pociąg natychmiast ruszył. Dotarłem do Wadowic. Znalazłem się na polu, kilkadziesiąt metrów od drogi. Chodź nie było późno, nie spostrzegłem żadnego samochodu wjeżdżającego czy wyjeżdżającego z Wadowic. Mimo wszystko ruszyłem w stronę miasteczka. Niepokój jął we mnie narastać gdy z każdym krokiem uświadamiałem sobie że cała wioska jest wyludniona. Gdy chwilę później znalazłem sie już w jej obrębie, dostrzegłem ruinę w jaką popadły Wadowice. Kościelna wieża widoczna z daleka była ewidentnie pozbawiona dzwonnicy a cała jej konstrukcja sprawiała wrażenie tak zaniedbanej, jakby miała się zaraz zawalić. Przydrożne kamienice wyglądały nie lepiej. Większość z nich miała wybite szyby lub okiennice zastawione drewnianą czy też sklejkową dyktą albo kartonem. Ponadto pokryte były osobliwymi malunkami, będącymi bez wątpienia dziełem chuliganów, jednak w jakimś stopniu mającymi tajemniczy, jakby na pierwszy rzut oka okultystyczny wydźwięk. W oddali nie widać było niemal żadnej roślinności poza chwastami wyrastającymi z ulicznych dziur i mchem pokrywającym chodniki. Brukowane uliczki, pamiętające zapewne jeszcze czasy młodości Wojtyły, do cna były popękane a na ich powierzchni walały się śmieci i odpady, pozostawione na miejscu bynajmniej nie przez turystów. W oddali spostrzegłem kilka sylwetek, jakby ludzkich, lecz każda z nich była na swój sposób dziwna. Każda jakby starcza, przygarbiona i powolnie poruszająca się o lasce. Wszystko to potęgowało wrażenie zdegenerowania przetaczającego się przez Wadowice. Ruszyłem pośród śmieci zalegających na ulicy w stronę centralnej części miasta chcąc trafić do hotelu w którym zaplanowałem się zatrzymać. Robiło się ciemno, dochodziła już szósta, a ja nie chciałem błądzić samotnie pośród spowitych ciemnością otchłani Wadowic - rodzinnego miasta ojca świętego. Idąc pośród opustoszałych dróg dotarłem wreszcie do hotelu. Znajdował się on przy niewielkim placu, po środku którego widniała, wykonana z brązu fontanna w kształcie papieża wyciągającego dłonie ku górze. Woda, lejąca mu się z uszu, była ewidentnie zanieczyszczona na brązowy kolor. Cała wadowicka kanalizacja musiała być przeżarta rdzą. Nie tracąc jednak czasu wszedłem do budynku hotelu. Nie był co prawda tak zrujnowany jak większość budowli w miasteczku, jednak i on nie wyglądał zachęcająco. Wszedłem do środka rozglądając się uważnie. Na wyblakłych ścianach w różowobladym kolorze, obok obrazów Jana Pawła zalegały pajęczyny. Pod nimi pokryte kurzem donice ze sztucznymi kwiatami, wyraźnie dotkniętymi znamieniem czasu. Podszedłem do recepcji i zadzwoniłem dzwonkiem. Chwile zaraz pojawił się recepcjonista. Łysiejący staruszek z charakterystycznym uśmieszkiem ubrany w tanią kurtkę przeciwwiatrową w osobliwy sposób przypominał postać ojca świętego, choć kształt jego twarzy był wyraźnie inny co wywołało u mnie mieszane uczucia. Nie chcąc wdawać się z nim w dłuższą dyskusje, zapłaciłem za pokój, po czym dostałem klucze. Pokój znajdował się na pierwszym piętrze z prawej strony. Udałem się tam bezzwłocznie. Pokonując skrzypiące schody uświadomiłem sobie że przecież z jakichś względów żadne pociągi się tu nie zatrzymują, to też mój powrót będzie istotnie utrudniony. Zaraz jednak wszedłem do pokoju, gdzie miałem rozważać plan ewakuacji, gdyż jak się okazało Wadowice nie są wcale miejscem przyjaznym. Wchodząc do pomieszczenia zamknąłem za sobą drzwi. Zamek jednak dawał wiele do życzenia to też by zyskać wewnętrzny spokój, postanowiłem przesunąć na noc szafę tak by blokowała drzwi. Nie było to łatwe, gdyż stary mebel był zbity z solidnych desek i nie należał do najlżejszych, jednak poczucie bezpieczeństwa pozwoliło mi zasnąć w miarę spokojnie tej nocy. Nazajutrz postanowiłem że mimo wszystko, zanim udam się w drogę powrotną do Warszawy, odwiedzę jeszcze dom Ojca Świętego i kupie jedną ze słynnych Wadowickich kremówek dla babci. Wyszedłem więc z pokoju udając się w kierunki wyjścia. Zatrzymałem się jednak, podszedłem do recepcji i poprosiłem o butelkę wody mineralnej. Recepcjonista zażądał dziesięciu złotych po czym dodał że wadowicka woda jest pobłogosławiona przez pana. Zapłaciłem. Recepcjonista wziął pieniądze, wydał rachunek po czym stał przez kilka sekund nieruchomo wpatrując się we mnie. Zaraz jednak udał się na zaplecze i przyniósł mi butelkę wody. Bezczelnie zerwana etykieta z butelki po cisowiance, pokryta była jeszcze warstwą kleju. Co więcej butelka była niezabezpieczona a w środku znajdowała się ta sama ciecz, którą można było uraczyć się w fontannie, tuż przed hotelem. Uśmiechnąłem się taktownie, po czym wyszedłem. Jegomość jednak bez słów raczył odprowadzić mnie do drzwi. Następnie wciąż uśmiechając się w niepokojący sposób, wyszedł za mną i wpatrywał się we mnie niemo kiwając z lekka głową do póki nie zniknąłem mu z pola widzenia. Biorąc użytek ze swojej mapy ruszyłem w stronę miejsca, gdzie dostać można było słynne już Wadowickie kremówki. Brodzenie pośród śmieci znacznie mnie spowalniało, smród natomiast przyprawiał mnie o mdłości. Widok spoglądających na mnie postaci, z których każda zdegenerowana była w podobny sposób napawał mnie przerażeniem. Po niemal półtoragodzinnym marszu dotarłem wreszcie na miejsce. Cukiernia jednak nie wyglądała zachęcająco. Warstwy farby odchodziły od pokrytych ulicznymi malunkami ścian budynku a sam szyld pozbawiony był poszczególnych liter. Wokół unosił się wszechobecny zapach moczu. Wszedłem jednak do środka łudząc się że towar będzie zdatny do spożycia. W istocie kremówki za ladą były ładne i zachęcające. Poprosiłem więc o dwie, jedną dla siebie a drugą dla babci. Zgarbiony sprzedawca ubrany na biało również wpasowywał się wyglądem do mieszkańców Wadowic. Zapakował kremówki po czym z uśmiechem mi je podał. Podziękowałem i wyszedłem. Również i on zdawał się wpatrywać we mnie jeszcze przez jakiś czas po opuszczeniu cukierni. Jako że od wczoraj nic nie jadłem, postanowiłem zjeść kremówkę teraz, przed ruszeniem w dalszą drogę. Odpakowałem jedną z nich. Natychmiast uderzyła mnie ohydna woń, jakby starego rybiego tłuszczu. Nieomal zwymiotowałem spostrzegając że kremówka z jednej strony pokryta była różnokolorową pleśnią. Drugiej nawet nie sprawdziłem, obie kremówki zostawiłem na chodniku udając się w stronę domu w którym mieszkał ojciec święty. Niespełna za godzinę byłem już na miejscu. Budynek jako jedyny nie był doszczętną ruiną. Jenak jakie było moje zdziwienie gdy okazało się że wewnątrz znajduje się dom publiczny. Wszedłem jednak do środka chcąc rozeznać się w sytuacji. Na wstępie powitała mnie kobieta, wyróżniała się z pośród wadowickiej ludności aparycją. Miała ciemne włosy i grzywkę zasłaniająca czoło. Uśmiechała się ponętnie, a na jej licach pojawiły się wypieki. Do cna przypominała mi moją zmarłą żonę. Nie wiem co we mnie wstąpiło ale postanowiłem skorzystać z usług. Młoda dama z uradowaniem zaprowadziła mnie do pokoju na piętrze po czym puszczając do mnie ponętnie oko, dodała że musi się przygotować. Rozsiadłem się wygodnie w wystrojonym klimatycznie pokoju, stylizowanym na włoski styl renesansowy. Zdjąłem marynarkę i koszulę odkładając je na krzesło tak aby się nie pomięły. Wtem do pokoju weszła poznana wcześniej dama, wciąż mająca na policzkach wypieki, które w osobliwy sposób oddziaływały na mnie skłaniając mnie do niegodnych czynów. Zaraz za nią wszedł jednak inny człowiek. Pomimo iż wszyscy mieszkańcy Wadowic, wyglądali niemal identycznie, jego poznałem od razu. Był to sam Karol Wojtyła. Ubrany w ciężkie buty i spodnie wojskowe, wyjął z pochwy nóż długości jednego łokcia. Wbił go w krzesło na którym spoczywały moje ubrania, dodając że teraz zrobię wszystko tak jak ma być, cokolwiek miało to znaczyć. Wojtyła uklęknął obok łóżka. Kobieta założyła mu na szyję smycz a zaraz zajęła się mną. Rozpaliła mnie w kilka sekund. Kiedy już miałem rozpiąć rozporek, przygryzła moją wargę i ciągnąc mnie delikatnie zębami usiadła barkach Wojtyły. Ten zaś dodał tylko: -RUCHAJ MNIE W USTA! Byłem tak podniecony że zrobiłem to bez słów. Brutalnie zmasakrowałem gardło Ojcu Świętemu, całując równocześnie czarnowłosą damę w usta, szyję, obojczyk i piersi. Całe zajście trwało kilkanaście minut. Pod koniec pod wpływem podniecenia Ojciec Święty tak mocno zassał że nie wytrzymałem. Spierdoliłem się prosto w jego gardło a on jak gdyby nigdy nic połknął wszystko. Dama wyszeptała mi do ucha tylko że mam mu kazać pocałować swojego penisa i kazać mu podziękować. Spojrzałem na Ojca Świętego, ten zaś na kolanach wlepiał we mnie wzrok w który zaczynały pojawiac sie iskry nienawiści. Zrobiłem to co zasugerowała mi kobieta, kazałem mu pocałować swój, stojący jeszcze penis i podziękować. Wojtyła to zrobił, pocałował mnie prosto w rządź i wypowiedział ulegle "dziękuje". Dziewczyna natomiast przysunęła twarz bliżej mojego ucha, podejrzewałem że chce mnie jeszcze pocałować ale ta tylko ze zdenerwowaniem w głosie wyszeptała "Uciekaj!". Z lekka nie dowierzałem, lecz gdy zaraz Karol Wojtyła sięgnął po swój nóż wpatrując się we mnie wzrokiem który teraz juz z nienawiści wręcz płonął. Zerwałem się w popłochu uciekając w stronę wyjścia. Nie odwracałem się za siebie jednak słyszałem tylko głos biegnącego za mną Ojca Świętego nakazujący mi się zatrzymać. Rzecz jasna, przesiąknięty lękiem oraz niedowierzaniem, nie zastosowałem się do polecenia. Wybiegłem z domu Wojtyły wprost na ulicę by zniknąć zaraz za rogiem pierwszego napotkanego budynku. Kilkaset metrów przed sobą spostrzegłem stalowe ogrodzenie jakie często spotkać można na budowach. W rzeczy samej teren był rozkopany, od kilkunastu lat jednak musiał być pozostawiony samemu sobie gdyż zalegające hałdy ziemi pokryły się warstwą trawy. Podbiegłem najszybciej jak tylko potrafiłem by skryć się jak najszybciej przed Ojcem Świętym. Wbiegłem po kamienistej ścieżce, prowizorycznie wysypanej na warstwie błota, tuż za górę ziemi. Obok wykopana była dziura jakby pod fundament, jednak smród jaki był odczuwalny w tym miejscu sugerował iż była ona wykorzystywana przez mieszkańców Wadowic jako zbiorowa latryna. Chcąc jak najszybciej znaleźć się w jakimś w miarę bezpiecznym miejscu, ruszyłem w stronę hotelu. Idąc najbliższą drogą znalazłbym się tam za około godzinę, jednak chcąc się upewnić że zgubiłem Ojca Świętego, wybrałem drogę okrężną. Z miejsca w którym się znajdowałem poszedłem szybkim krokiem na północny wschód, wychodząc na ulicy przy starym zrujnowanym kościele. Przeraziłem się zdając sobie sprawę że wewnątrz właśnie odprawiane jest nabożeństwo, ja zaś byłem przecież poszukiwany przez samego papieża. Chcąc przemknąć jak najciszej, nieomal czołgałem się idąc na czworaka by tylko pozostać niezauważony. Okrążyłem kościół a następnie szybkim krokiem ruszyłem uliczką pomiędzy kamienicami. Zmierzałem na północ, w międzyczasie zdążyłem się już uspokoić. Kontynuując podróż, wyszedłem na ulicy przy posterunku policji. Stały tam dwa stare samochody policyjne, doprowadzone do ruiny przedwojenne furgonetki. Nie wiem czy były na chodzie, jednak były to jedyne pojazdy jakie widziałem w całych Wadowicach. Nie traciłem jednak czasu by stać i zastanawiać się nad tak błahą sprawą, wejście na posterunek i zgłoszenie zajścia również nie wchodziło w grę, mój oprawca posiadał zbyt dużą renomę, tym bardziej tutaj w jego rodzinnym mieście. Szedłem przed siebie mijając poznaną wcześniej cukiernie. Dwie kremówki które pozostawiłem wcześniej w okolicy teraz zniknęły, doprawdy nie wiedziałem kto mógłby połasić się na coś takiego. Nie myśląc o tym długo ruszyłem teraz najszybszą drogą do hotelu. Na miejscu nikogo nie było, wszedłem więc do wynajętego pokoju po czym zacząłem się pakować. Robiło się ciemno, ja zaś zaplanowałem że wyjdę z miasteczka drogą na północnym zachodzie, po czym udam się w kierunku torów a dalej, wzdłuż nich do najbliższej stacji kolejowej. Choć byłem już zmęczony wiedziałem że dam rade przejść tę odległość, nie na darmo przez lata wędrowałem po górskich szlakach w swoich ukochanych tatrach. Spojrzałem na zegarek, była godzina 21:37, wzdłuż ulic rozpalane były właśnie lampy naftowe. Był to widok rodem z XIX wiecznej rzeczywistości. Starszy człowiek chodził od lampy do lampy rozpalając każdą z nich. Ich blask rzucał złociste, migoczące światło na przydrożne kamienice, które gdyby nie były tak zrujnowane, otaczały by Wadowice aurą wieczornego romantyzmu. W tym jednak świetle dostrzegłem kilka postaci. Glany, bojówki, czerwone szelki i obcisły podkoszulek wskazywały jednoznacznie na Głowę Kościoła. Ojciec Święty zajadał paluchami wnętrze kremówki a towarzyszące mu postacie sprawiały wrażenie jakby coś mu tłumaczyły. Jeden z pośród zebranych zaczął oddawać mocz do pobliskiej fontanny, podczas gdy inny z nich, jak mi się zdawało obmywał w niej twarz, lecz nie zauważyłem jakoby miało mu to przeszkadzać. W tym momencie jedna z nich wskazała palcem prosto na mnie. Z przerażenia nie mogłem przełknąć śliny, stałem jedynie sparaliżowany strachem wyglądając ukradkiem z rogu okna. Nie mogli jednak mnie widzieć, nie zapaliłem nawet światła. Wskazująca na mnie postać musiała być znajomym hotelarzem który wskazywał papieżowi miejsce w którym się zatrzymałem. Zaraz jednak na plac przy fontannie zaczęli schodzić się coraz to nowi ludzie. Każdy z nich przejawiał podobny stopień degeneracji. Zgarbieni i łysiejący mieszkańcy Wadowic byli też uzbrojeni. Z za szyby dostrzegłem pałki, łańcuchy i widły. Jeden z nich miał też osobliwie skonstruowany cep, którego zwieńczeniem był krucyfiks. Nie wiedziałem co powinienem zrobić, na placu zebrało się już około piętnastu ludzi. Nie spostrzegłem jak dotąd tylnego wyjścia to też najszybciej jak mogłem pobiegłem na drugą stronę hotelu, wyważając drzwi do jednego z pokoi po przeciwległej stronie budynku. Upewniając się że droga przede mną jest czysta, wyszedłem przez okno kierując się w ustalone miejsce. Walizkę wraz z wszystkimi rzeczami pozostawiłem w hotelu. Od miejsca w którym zbierało się towarzystwo odgradzał mnie stary drewniany hotel. Najprostsza z dróg którą mogłem udać się do północnej bramy przecinała się bezpośrednio z uliczką z której widok roztaczał się na plac z fontanną. Chcąc pozostać niezauważonym ruszyłem w przeciwnym kierunku, skręcając na wschód a następnie w pierwszą uliczkę w stronę północy. Zwiększyłem nieco dystans dając sobie odrobinę czasu by spokojnym, ostrożnym krokiem kierować się na zachód. Przede mną pojawiła się ta sama ulica którą ominąłem wcześniej, a która prowadziła do głównej bramy starego hotelu. Tym razem jednak kąt pozwalał mi na zachowanie bezpieczeństwa. Nie zdradziłem swojej obecności jednak pomiędzy kamienicami zaczął roztaczać się harmider wywołany przez rozzłoszczony motłoch. Znów ogarnął mnie paraliżujący lęk. Byłem sam, w mieście rządzonym przez moralnie dwuznacznego człowieka, który nie chcąc by ktoś dowiedział się o jego perwersyjnych fantazjach w których również brałem udział, urządził na mnie polowanie. Nie obracając głowy przemaszerowałem jak najszybciej przez skrzyżowanie, kryjąc się ponownie za kolejnym rzędem kamienic. Miałem szczęście, udało mi się przejść. Nie był to jednak koniec drogi, przede mną było całe miasto stulone w tajemniczym półmroku gdzie na każdym kroku mogłem spotkać nieodpowiednich ludzi. Poruszałem się dalej na zachód, skręcając co chwila na północ. Przechodziłem obok dawnego budynku uczelni. Niegdyś śnieżnobiałe ściany i kolumny, dziś były tylko porośniętym mchem, dawnym wspomnieniem swojej świetności za ogrodzeniem przeżartym przez rdze,. Przypominało mi czasy kiedy sam byłem studentem, teraz zaś jako profesor ubolewam nad upadkiem tak pięknej pod względem architektonicznym, szkoły. Pogrążony w chwilowej nostalgii, przebudzony zostałem przez nieregularny tupot ciężkich butów i krzyki przypominające żabi rechot. Obracając się zauważyłem Głowę Kościoła wraz z kilkoma towarzyszami. Biegli oni nierówno w moją stronę, zataczając się i podskakując nieregularnie jak gdyby utykali. Był to widok tak groteskowy że w moim umyśle jęły pojawiać się najgorsze wizje, choć nie mogłem być pewien co zrobili by mieszkańcy Wadowic, gdyby udało im się mnie dogonić. Rzuciłem się do ucieczki, moi oprawcy pozostając w tyle poczęli wykrzykiwać i jęczeć w osobliwy sposób. W rzeczy samej, pewien byłem tego iż informują oni tym inne grupy poszukiwawcze o kontakcie ze mną. Pognałem w stronę wrzosowiska gdzie zrujnowane szkielety starych ławek oraz wykarczowane konary dawały świadectwo że kiedyś teren ten był parkiem miejskim. Przebiegając błysnął mi przed oczami pomnik Wojtyły, u stóp którego złożony był talerz kilkoma zaśniedziałymi monetami. Po raz kolejny przeszedł mnie dreszcz, uderzyła mnie wizja moich oprawców goniących za mną dziwnymi susami, mimo iż zdawało się że chociaż tymczasowo ich zgubiłem, nie odważyłem się spojrzeć w tył. Na zgliszczach parku panował mrok. Możliwość chwilowego skrycia się w nim była niczym lek dla mojej duszy. Byłem niewidoczny, choć to była by kwestia czasu nim znaleźli by mnie, gdybym pozostał na miejscu. Ścigający mnie ludzie znali Wadowice lepiej niż ja, byłem więc pewien że wiedzieli w którą stronę zmierzam. Musiałem zmodyfikować plan działania. Zawróciłem w stronę z której wbiegłem do parku jednak kierując się bardziej na południe, wyszedłem przecznice niżej. Ojciec Święty ze swoimi ludźmi obstawili już zapewne północną drogę, musiałem więc wydostać się z Wadowic w inny sposób. Plan B zakładał przemierzenie niemal całej szerokości miasta na południe, do stacji kolejowej. Nie mając jednak innego wyboru ruszyłem ostrożnym krokiem w dół ulicy, trzymając się lewej strony, tuż pod wybitymi okiennicami rzędu budynków. Poruszałem się zachowując ostrożność. Co kilkanaście metrów przykucałem nasłuchując okolice w obawie przed papieżem i jego zbirami. Przez ponad dwie godziny brodziłem pośród smrodu odpadów zalegających na ulicy. Doszedłem w końcu w okolice cukierni którą wcześniej odwiedziłem. Stąd znałem już drogę do stacji. Coś jednak musiało pokrzyżować plany. Usłyszałem furkot silnika, starego diesla. Padłem na ziemie próbując zasypać się powierzchownie warstwą śmieci. Zastygając bez ruchu dostrzegłem jak prowizoryczna policyjna furgonetka zmierza w stronę domu Wojtyły. Nie dostrzegłem ilu ludzi znajdywało się w środku, jednak płomień nadziei wygasał we mnie z każdą chwilą. Wiedziałem że mogę znaleźć się w sytuacji w której przeciwnicy okrążą mnie zamykając w pułapce. Resztkami sił wstałem, zmieniając kierunek. Cel pozostał ten sam, jednak znów musiałem nadłożyć drogi. Omijałem kolejne rzędy ruin, wychylając się z za każdego rogu w obawie przed pogoniom. Za którymś razem w końcu na nich trafiłem. Nie zauważyli by mnie gdybym zachował rozwagę. Jednak gdy tylko ich dostrzegłem, na przecięciu dróg, zerwałem się gwałtownie. Kopnąłem przypadkowo przy tym butelkę, która potoczyła się w stronę rynsztoka, następnie rozbiła. Jegomoście natychmiast to wychwycili. Trzech z nich pobiegło w moją stronę poruszając się ewidentnie złowieszczymi podskokami. Pobiegłem przed siebie chcąc uciec przed napastnikami. Czarę goryczy dopełnił jednak odgłos syreny policyjnej odbijającej się echem między wybazgranymi murami Wadowic. Zaraz po nim rozbrzmiał odgłos kolejnej syreny z drugiego końca miasta. Będąc wykończony postanowiłem wbiec do jednej z kamienic z mojej lewej strony. Uchyliłem masywne wrota wkradając się do środka, kwaśny zapach moczu jaki tam panował nie był wcale lepszy od smrodu śmieci zalegających na zewnątrz. Ruszyłem schodami w górę, postanowiłem obeznać sytuacje wyglądając z okna z górnego piętra. Dochodząc do połowy usłyszałem dźwięk jakby niewielkiego transformatora. Zdziwiło mnie to gdyż cała okolica pozbawiona była prądu. Jedynie hotel zasilany był właśnie takim urządzeniem. Podszedłem do drzwi z kerych dochodził hałas i uchylając klamkę, wiedziony ciekawością, wszedłem do środka. To co tam zastałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na podłodze leżał związany kardynał Stanisław Dziwisz. Urządzenie, którego dźwięk przywabił mnie w owe miejsce zasilało pneumatyczną maszynerie zwieńczoną wibratorem wepchniętym w usta kardynała i pracującym na najwyższych obrotach orając jego nieszczęsne gardło. Podbiegłem wyłączając transformator, chcąc uwolnić Dziwisza w nadziei zyskania sojusznika. Ledwo zdążyłem wyjąć z jego ust gumowe prącie gdy ten resztką sił, zachrypniętym głosem wykrztusił „UWAŻAJ!”. W jednym momencie rzucił się na mnie ubrany w czary płaszcz człowiek o aparycji podobnej do Jana Pawła II. Zaczęliśmy się siłować. Zepchnął mnie w stronę okna usiłując zrzucić na zewnątrz. Zaparłem się nogami jak tylko mogłem, brakowało mi już sił, byłem wykończony. Czułem że ma nade mną przewagę, gdy ostatnimi siłami trzymałem się parapetu. Niemal pogodziłem się ze śmiercią, gdy sytuacja zgoła się odmieniła. Stanisław Dziwisz zaszedł napastnika od tyłu i niczym garotą, owinął sznurem zaciśniętym na swoich dłoniach jego szyję. Przeciwnik mnie puścił. Dziwisz zdołał go obalić i będąc za jego plecami pozbawił go przytomności. Jak tylko doszedłem do siebie rozwiązałem kardynała do końca. Ten z wdzięcznością ucałował moje dłonie dziękując mi i wychwalając mnie pod niebiosa. Ucięliśmy krótką rozmowę, podczas której, zachrypniętym głosem wydobywającym się z obolałego gardła, opowiedział mi kim jest Wojtyła i dlaczego Wadowice zdegenerowały się do cna. Dowiedziałem się też jak się tu znalazł oraz co Ojciec Święty z nim robił. Próżno jednak o tym pisać, gdyż wszelkie informacje zawarte są w ujawnionych przez Dziwisza notatkach papieża. Pokrótce jednak w Wadowicach miała miejsce osobliwa mutacja deprawująca kształty twarzy oraz zachowanie oddziałując na struktury podświadomości. Co zaś miało tyczyć się samego kardynała, to jak się tutaj znalazł zachował w tajemnicy. Powiedział tylko że jegomość którego właśnie obezwładnił, był wartownikiem wysłanym przez Głowę Kościoła. Masturbował się on raz za razem obserwując nieszczęście związanego kardynała. Z przerażeniem wysłuchiwałem świadectwa Dziwisza, nie mogąc w nie uwierzyć. Będąc zapewne jeszcze w szoku przedstawiłem mu swój plan działania, sugerując mu wzajemna pomoc w wydostaniu się z Wadowic. Dziwisz odrzucił moją propozycje tłumacząc ją ważnym zadaniem jakie miał do spełnienia. Polecił mi jednak aby lepiej unikać stacji kolejowej w drodze powrotnej. Z racji iż znacznie by mnie to opóźniło, zawahałem się. Z jednej strony słowa kardynała rozbrzmiewały z powagą godną jego rangi w strukturze Kościoła, z drugiej zaś moja sytuacja i wydarzenia z przed kilku godzin sprawiały że chciałem uwolnić się od Wadowic i jego mieszkańców za wszelką cenę. Cokolwiek jednak by się nie stało, czas naglił a ja musiałem podążać drogą w kierunku stacji kolejowej. Postanowiłem że gdy będę już w okolicy, roztropnie obadam sytuacje. Jeżeli faktycznie stacja kolejowa będzie dla mnie w jakiś sposób zagrożeniem, cofnę się omijając ją. Było by to rzecz jasna niebezpieczne z racji możliwości wykrycia mnie, zarówno przez to co miało by znajdować się w owym miejscu jak i przez mój ewentualny ogon. Jednak każda kolejna minuta spędzona pośród doprowadzonych do ruin, wadowickich domostw oddziaływała na mnie nieopisanym lękiem przed czymś czego zdefiniować do końca nie potrafię. Byłem gotów oddać dusze by znów znaleźć się w swoim mieszkaniu w Warszawie.
By jednak tak się stało, musiałem opuścić budowle w której spotkałem kardynała. Schodząc w dół schodów, wewnątrz starej kamienicy, ostrożnie stawiałem krok za krokiem słuchając uważnie odgłosów otoczenia. Będąc już na dole, z wolna uchyliłem wrota by wyjrzeć na zewnątrz. Pośród śmieci zalegających na starych uliczkach nie było nikogo. Kamienice jednak wciąż straszyły miarą swojego stanu. Doprawdy w najśmielszych snach nie dopuszczałbym możliwości istnienia miasta tak zrujnowanego, nie przez wojny czy kryzys a przez samych mieszkańców których stan nie odbiegał z resztą od samych Wadowic, zezwirzęconych nieprzypominających ludzi szkarady.
Ruszyłem w dół ulicy, wpatrując się w naścienne malowidła. Większość była nieczytelna, nabazgrana jakby dłonią schorowanego starca dotkniętego chorobą parkinsona. Pośród tych jednak które udało mi sie odczytać znajdowały się takie bluźniercze teksty jak: „JP2GMD”, „Totus Tuus” „Jan Paweł drugi zajebał mi szlugi” czy osobliwie ironiczne „Nie lękajcie się”. Największą jednak grozą napawały mnie wizerunki, spokojnie i z pewnością siebie spoglądającego na okolice Ojca Świętego, umiejscowione pośród powybijanych okiennic. Zdając sobie sprawę z tego kim jest ten człowiek, jego obraz, już sam ten który tkwił w moich myślach brzydził mnie i przerażał. Jak więc spotęgowały te uczucia, dostrzegane na każdym kroku jego zdjęcia, nie potrafię nawet opisać. Chwilami czułem potrzebę by zwymiotować tuż pod jedną z okiennic, by chwilę zaraz przez zawroty głowy utrzymywać równowagę, opierając się o mury starych domów. Idąc w dół ulicy skręciłem prawo a kilka przecznic dalej w lewo. Już tylko kilka przecznic dzieliło mnie od stacji kolejowej gdy nagle poczułem paraliż w chwili jakby prąd przeszył całe moje ciało. Padło nam nie światło reflektorów. Zawyła syrena. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę iz tuż za mną podąża stary wóz policyjny, biegłem już nie bacząc na zmęczenie. Fakt stanu pojazdu oraz wszechobecne śmieci na ulicy dały mi szanse na ucieczkę. Smagany batem adrenaliny, uciekałem przed ramieniem Głowy Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Syrena rozbrzmiewała coraz głośniej a dystans pomiędzy mną a samochodem zmniejszał się z każdą chwilą. Nie mając ani chwili na rozważania, rzuciłem się w kierunku najbliższych wrót kamienicy, robiąc to samo co wcześniej w hotelu. Wbiegłem do przeciwległego okna wyskakując po drugiej stronie. Okno przez które się wydostałem było wybite, to też nie zostawiłem ewidentnych dowodów mojej ucieczki. Goniący mnie ludzie nie sprawiali wrażenia wybitnie inteligentnych to też miałem nad nimi chwilową przewagę. Chcąc na dobre zgubić ogon, nim zleci się do mnie całe wadowickie tałatajstwo, wbiegłem do kolejnej kamienicy by zaraz znaleźć się po drugiej stronie, trzymając się jednocześnie z dala od przecznic, na których mógłbym być natychmiast zauważony. Tym razem jednak okno kamienicy prowadziło na niewielki placyk, po którego drugiej stronie miejscowiła się kolejna kamienica prowadząca do kolejnej ulicy. Nie zachowałem tym razem należytej ostrożności. Uchylając okno po przeciwległej stronie, starałem się wejść do środka. Zanim jednak postawiłem wewnątrz nogę, zostałem pociągnięty i rzucony na podłogę. Ciężki bucior z ogromną siłą wylądował na mojej klatce piersiowej pozbawiając mnie tchu. Ujrzałem nad sobą twarz Ojca Świętego, pozornie schorowanego starca, będącego jednak jak widać w niebywałej formie fizycznej. Chwycił mnie za kołnierz, siadając jednocześnie na moim brzuchu. Raz po raz unosił moją głowę nad ziemie by zaraz uderzyć nią o posadzkę. Potem kilkukrotnie wymierzał mi ciosy prosto w twarz. Zasłaniając się jak tylko mogłem, tylko go rozjuszyłem, z każdą chwilą bił w coraz większym szale. W jednej chwili nagle przestał. Wyciągnął broń i rozpinając rozporek wycelował w moją stronę dodając: -Teraz zamienimy się stronami. Kazał mi przed nim uklęknąć bluźniąc szyderczo iż zaraz uraczy mnie swoją eucharystią. Nie chciałem tego robić, jednak puki miał broń, nie mogłem sie przeciwstawić. Stanął przede mną, jedną ręką trzymając broń skierowaną w moją głowę, drugą zaś próbował doprowadzić się do wzwodu. Po kilku minutach jednak wciąż nie mógł nic poradzić. Wystrzelił ze złości kilka strzałów w sufit przeklinając przy tym Boga, po czym kazał mi wstać, samemu klękając przede mną. Wciąż kierując lufę w moją stronę kazał mi opuścić spodnie. Już po chwili można było dostrzec obfitą erekcje papieża. Zaczął całować rządź mojego członka podtrzymując delikatnie moje jądra. Sposób w jaki to robił iście przypominał mi akty seksualne z moja świętej pamięci małżonką to też zaraz za chwilę i ja dostałem wzwodu. Przyłożył pistolet do moich jąder mówiąc: -Wiesz co masz robić! Kazałem mu ssać swoje przyrodzenie, penetrując nim jednocześnie gardło Ojca Świętego najgłębiej jak tylko dałem rade- wiedząc że tego właśnie oczekuje. Ten zaś wykonał moje polecenie z taką gorliwością iż za chwilę doszedłem do orgazmu, ejakulując w jego przełyku. Po chwili prącie zaczęło mi opadać, trzymałem je jednak w jego gardle zyskując na czasie. Papież nie zważając na nic ciągle się masturbował. Nie mogłem trwać tak w nieskończoność, wykorzystałem swoją pozycje. Spoliczkowałem Głowę Kościoła nazywając go „suką” a on natychmiast skulił się na ziemię nadal się masturbując. Musiał mieć ewidentne problemy związane z orgazmem. Rozejrzałem się dookoła by znaleźć coś co pomogło by mi się uwolnić, nic jednak nie znalazłem. Postanowiłem tedy zrobić coś za co wstyd mi niezmiernie i z trudem się do tego przyznaję. Z portfela wyjąłem zdjęcia swoich dzieci zrobione gdy były one w wieku komunijnym. Nosiłem je zawsze przy sobie, teraz jednak rzuciłem je na ziemie, tuż obok Ojca Świętego. Ten zaś pochwycił je złowieszczo i leżąc skulony na podłodze masturbował się wpatrując w oblicza mojego potomstwa. Strach, obrzydzenie i nienawiść jakie mną wtedy targały są nieopisane. Gorsze od nich jednak było uczucie absolutnej bezsilności. Papież masturbował się coraz szybciej a ja wykorzystując moment konsternacji, pobiegłem w stronę drzwi, uciekając przez nie na zewnątrz. Wyglądało na to że jeszcze przez jakiś czas Wojtyła będzie zajęty, ja zaś, mimo opóźnień byłem coraz bliżej celu. Szybkim krokiem zbliżałem się coraz to bliżej starej stacji kolejowej. Mijając obmierzłe ściany kryjące pośród siebie koszmar tak niewiarygodny, że nikt kto nie doświadczyłby go osobiście nie byłby w stanie w niego uwierzyć. Przemieszczałem się szybko acz ostrożnie, uważnie rozglądając się przy każdym skrzyżowaniu. Nasłuchiwałem odgłosów otoczenia chcąc ustrzec się przed prześladowcami. W miarę zbliżania się do stacji kolejowej, dochodziły do mnie coraz to dziwniejsze dźwięki. Gdy zaś doszedłem na odległość pozwalającą mi ją dostrzec, ujrzałem obraz zwalający z nóg. Cały peron obstawiony był chyba przez ogrom Wadowiczan, kryjących się z widłami jakby przed wzrokiem kolejarzy, mających przejechać lada moment. Co było jednak najdziwniejsze na torach stał znajomy mi cukiernik u którego kupiłem wcześniej kremówki. Stał ubrany w góralski kapelusz, odziany zaś był w białe, podobne do papieskich, szaty. W ręce dzierżył czarną walizkę, wolną dłonią za to wykonywał osobliwie znak krzyża. Sposób w jaki to robił, sprawiał wrażenie niezwykle bluźnierczego. Przyjrzawszy się uważniej, spostrzegłem że jego roztrzęsiona dłoń wykonuje ruchy od dołu do góry poruszając przy tym głową w iście odrażający sposób. Zmieniłem rzecz jasna kierunek, nie poruszałem się już bezpośrednio w stronę stacji, lecz idąc przed siebie, złowieszcze echo niosło odbicie treści wypowiadanych przez niego słów. Brzmiące okropnie, niczym zapitym głosem, w gardłowy sposób próba wypowiedzenia łacińskiej rymowanki. Za prawdę przerażało mnie to coraz bardziej, im bliżej znalazłem się źródła tego dźwięku, nie słabło zaś w miarę oddalania się.
Udało mi się w miarę bezpiecznie ominąć stacje, byłem już tylko kilkaset metrów od wyjazdu z miasta. Nieszczęście zaś sięgnęło zenitu gdy tylko zbliżyłem się doń na odległość wzroku. Wyjazd obstawiony był przez obydwie furgonetki wadowickiej policji, wokoło zaś, rozstawione były posterunki obserwacyjne.
Postawiłem wszystko na jedną kartę. Postanowiłem że przeczołgam się koło nich, modląc się do Najświętszej Matki Bożej by tylko mnie nie zauważyli. Ukradkiem przeszedłem na lewą stronę wchodząc w porastające pobocze krzaczyska. Doczołgałem się najpierw do ogrodzenia pod torowiskiem a następnie ruszyłem przed siebie. Szybko zauważyłem że stary wykopany dół w okolicy domostwa Wojtyły, nie był jedynym miejscem w którym mieszkańcy Wadowic załatwiali swoje potrzeby. Pełzłem pośród rozkładających się stolców, których zapach przyprawiał mnie o ból głowy. Zwymiotowałem w chwili gdy wsadziłem dłoń w jeden z nich, natychmiast jednak zmobilizowałem się do kontynuowania ucieczki. Gdy jednak byłem już o krok od przekroczenia wadowickich granic, jeden z wartowników jął kierować się w moją stronę. Z dochodzących wrzasków i śmiechów mu towarzyszących, wywnioskować można było iż udaje się za potrzebą. Zacząłem panikować, wiedziałem że tylko sekundy dzielą mnie od wykrycia. Podczołgałem się jak najostrożniej o tyle ile tylko mogłem. Jednak już po chwili plugawy starzec chrząkał obrzydliwie, składając zwierzęce odgłosy na kształt ludzkich słów. Dał tym sygnał swoim towarzyszom o mojej obecności. Po raz kolejny strach uderzył mnie niczym bicz boży. Tym razem jednak działał na moją korzyść, pozwolił mi zmobilizować resztkę sił do panicznej ucieczki która była moją jedyną i ostateczną szansą na wydostane się z tej ostoi bluźnierstwa. Biegłem w stronę torowiska, poruszając sie wzdłuż niego. Nie wiem jak długo uciekałem, widząc za sobą widmo miasta koszmarów oświetlone mistycznie i złowieszczo światłem księżyca na którego tle wciąż podążali za mną jego mieszkańcy podskakując dziwnymi susami. Biegłem w dal, pośród ciemności ku dającej ukojenie oddali na horyzoncie. W pewnym momencie jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa, osunąłem się na kolana po czym stoczyłem się w rów ciągnący się równolegle do torów. Zanim jednak straciłem przytomność z wycieczenia, spostrzegłem kontem oka wciąż biegnących po torach Wadowiczan. Tylko za sprawą cudu mnie nie zauważyli.
Obudziłem się następnego dnia, będąc wyziębionym i ledwo żyjąc. Udało mi się dotrzeć do drogi po czym autostopem dotrzeć do najbliższego miasta. Tam posiliłem się, odpocząłem a następnie wróciłem do Warszawy. Postanowiłem nie zgłaszać całej sprawy na policje, gdyż zdawałem sobie sprawę jak brzmi moje świadectwo. Żaden policjant nie uwierzyłby mi a jedynie mógłbym zostać pociągnięty do odpowiedzialności za szkalowanie dobrego imienia Ojca Świętego oraz za zabieranie cennego czasu funkcjonariuszom. Udałem się natomiast do lekarza z racji nieprzyjemnie wyglądających ran w okolicach prącia. Zdawało się że papież nieuważnie poharatał mnie zębami. Rany wyglądały jakby wdało się zakażenie, jednak już kilka tygodni po wizycie u lekarza wszelkie objawy minęły.
Kolejne miesiące starałem się odpoczywać. Zawiesiłem swoje obowiązki jako uniwersytecki wykładowca. W między czasie zaobserwowałem u siebie coraz to dziwniejsze i bardziej perwersyjne fetysze. Początkowo poświęcając godziny i wydając nie małą fortunę na pornografie z gatunku BDSM. Z biegiem lat jednak przestało dawać mi to ukojenie. Zacząłem gromadzić coraz to ostrzejszą pornografie dochodząc w końcu do pornografii dziecięcej. Była trudno dostępna, jednak w dobie internetu i z tym nie było problemu.
Wszystko to fatalnie odbiło się na moim wyglądzie i kondycji zdrowotnej. Czuje się coraz starzej, resztka siwych włosów na głowie zaczyna już wypadać. Poruszać muszę się w zgarbionej pozie wsparty o laskę. Pociąg do dzieci staje się coraz bardziej uciążliwy. Starałem się z tym walczyć jednak że bez skutku. Zimą roku 2009 zaczęły nawiedzać mnie niepokojące sny. Najpierw tylko sporadycznie lecz później coraz częstsze. Spacerowałem w nich pośród wadowickich ulic pośród spojrzeń jego mieszkańców. Cała okolica przesiąknięta była zapachem wadowickich kremówek. Z czasem coraz mniej jednak mnie to niepokoiło. Po jakimś czasie, przyzwyczaiłem się a wręcz każdej nocy zacząłem wyczekiwać nowych snów. Lustrzane odbicie natomiast, początkowo obmierzłe i ohydne, dzisiaj zdaje mi się coraz bardziej przypominało oblicze byłego ojca świętego. Stało się to dla mnie swoistą odpowiedzią na ciążące mi pytania.
Dzisiaj wykupiłem bilet w jedną stronę do Wadowic. Spakowałem kilka ubrań, kolekcje pornografii i komputer. Zamierzam zamieszkać w mieście które tak często widuje we śnie. Zapach kremówek... Ten pamiętny zapach...
Komentarze