Od 15 lat lecze się z islamofobii

0
175
Ewald

Chorym rzadko zdarza się pamiętać co do sekundy, kiedy  zaczęła się ich choroba. Ja przeciwnie, pamiętam dokładnie: to było 11  września 2001 roku, o godz. 15.30, kiedy w telewizji zobaczyłem padające  wieże World Trade Center w Nowym Jorku.

W tym momencie zaczęła się moja fobia, która wtedy jeszcze nie miała  nazwy. Potem dopiero okazało się, że nie jestem jedynym chorym i że ta  choroba nazywa się islamofobia. Jest to nieuzasadniony lęk przed  islamem, tak jak inne fobie, które są neurotycznymi zaburzeniami,  wywołanymi przez sytuacje czy obiekty, które obiektywnie nie są wcale  niebezpieczne.
Na początku tłumaczyłem sobie, że to nie może być choroba. Że jeśli  uważam, że ludzie, domagający się wprowadzenia szariatu zamiast  demokracji, ubierający kobiety w czarne worki i obcinający im  łechtaczki, zabraniający muzyki i alkoholu i podrzynający gardła starym  księżom, są przerażającymi religijnymi fanatykami, z którym należy  walczyć politycznie, zbrojnie i jak się jeszcze da – to wykazuję zdrowy  rozsądek. Że ci, którzy te koszmarne pomysły akceptują jako „odmienną,  lecz równie bogatą kulturę” – bredzą. Jak każdy wariat, uważałem, że  jestem zdrowy – ale przynajmniej miałem troszkę wątpliwości i walczyłem z  chorobą.
Tłumaczyłem sobie, że obiektywnie nie ma się czego bać. Że chociaż  zamachowcy z Nowego Jorku pochodzili z najbardziej muzułmańskiego kraju  świata, to przecież równie dobrze mogli wbić samolot w nowojorski  wieżowiec mogli na przykład baptyści. Moja fobia jednak trwała i  nasilała się z każdym zamachem, którego sprawcami – całkowicie  przypadkowo – były osoby, które krzyczały „Allahu akbar”. Co następowała  jakaś ulga i już myślałem, że się tego całkowicie nieuzasadnionego lęku  pozbyłem, to nowy zamach, dokonywany niestety nie przez metodystów ani  kwakrów, znowu wywoływał nawrót choroby.
Na próżno czytałem wypowiedzi różnych odpowiedzialnych polityków i  mądrych dziennikarzy, którzy tłumaczyli mi, że terroryści z Londynu,  Madrytu czy Paryża nie mają nic wspólnego z islamem. Z podziwem  wprawdzie przyjmowałem ich dogłębne rozumienie islamu – kiedy oni w  nawale obowiązków mieli czas, żeby tak znakomicie go poznać, myślałem z  zachwytem – ale powtarzane wielokrotnie zapewnienia, że „islam nie ma  nic wspólnego z terroryzmem” nie były w stanie mnie przekonać. Fobia  trwała.
Nie bez winy są niestety moi profesorowie z czasów, gdy studiowałem  socjologię. Gdybym im powiedział na seminarium, że wyznawcy pewnej  religii są rok w rok odpowiedzialni za 90% (z grubsza licząc) ofiar  zamachów terrorystycznych na świecie, ale że wyznawana przez terrorystów  religia, którą oni sami ogłaszają za główną swoją motywację do  działania, nie ma kompletnie żadnego związku z tym, co ci wyznawcy robią  – to chyba nie tylko do doktoratu, ale i do skończenia pierwszego roku  studiów by mnie nie dopuścili. Po prostu tak mnie zindoktrynowali na  tych studiach, że nie potrafię sobie powiedzieć: „Nic to, dane i fakty  są nieważne, ważne, co w gazecie mądrzy ludzie mówią”. I choroba trwa.  Już piętnaście lat.
Nie pomogło, za radą wybitnych polityków, próba zmienienia  islamofobii na fobię przed ekstremalnym radykalizmem albo radykalnym  ektremizmem. Ponieważ jednak nie mogłem nigdzie znaleźć ludzi, którzy  określali by się jako radykalni ektremiści ani książki „Radykalny  ektremizm”, na którą mogliby się powoływać, fobia powróciła.
Znalazłem na szczęście wsparcie wśród innych chorych, z portalu  Euroislam. Zawsze przyjemniej jest człowiekowi, jak widzi, że nie tylko  sam choruje, cierpi, męczy się, ale że inni też męczą się razem z nim.  Wspieramy się wzajemnie, kiedy tylko komuś z nas się pogarsza, bo na  przykład obejrzał film ze zrzucania z dachu w Mosulu, przez  niedouczonych w Koranie aktywistów, osób mniej zainteresowanych  tworzeniem tradycyjnej rodziny. Mamy wtedy takie spotkania redakcyjne,  na których trzymając się za ręce powtarzamy: „Państwo Islamskie nie ma  nic wspólnego z islamem. To po prostu radykalni ekstremiści”.
Zapisałem się do grupy Anonimowych Islamofobów. Co tydzień  dzieliliśmy się pozytywnymi wiadomościami na temat islamu. A to ktoś  opowiedział, że to najszybciej rozwijająca się religia na świecie, a to  ktoś przypomniał, że tylko nieznaczny procent z półtora miliarda  muzułmanów popiera terrorystów – ale ani mnie, ani innym te pozytywne  doniesienia nie pomagały. Niestety. Ten nieznaczny procent z półtora  miliarda to na świecie kilkadziesiąt milionów, a w Europie kilkadziesiąt  tysięcy chętnych do zabijania, myśleliśmy, a nasz nieuzasadnione obawy  zamiast maleć, rosły. W dziesiątą rocznicę wybuchu mojej choroby  musiałem zrezygnować.
Nie dawały rezultatu profesjonalne terapie. Nie pomogły proste  terapie behawioralne, w których po wypowiedzeniu zdania „Islam jest  religią pokoju” dostawałem w nagrodę cukierka. Nawet moje ulubione  krówki nie przekonały mnie, że to prawda.
Udało mi się z przekonaniem  powiedzieć tylko: „Islam jest religią przedpokoju”, ale terapeuta nie  był zadowolony i mnie zwolnił. Nie pomogła psychoanaliza, w której  okazało się, że opowiadania o snach, w których ubrani na czarno faceci  mówiący w dziwnym języku podrzynają mi gardło, wcale nie poprawia mojego  stanu. Nie pomogła psychoterapia, w której bezskutecznie próbowałem  dojść do powodów moich nieuzasadnionych obaw o to, że idąc na świąteczny  pokaz fajerwerków mogę zostać rozjechany przez kierowcę, który nie  doczytał w Koranie tego co trzeba. Udało mi się na szczęście tej islamofobii nie przekazać niewinnym  moim dziatkom, ale miało to niedobre konsekwencje. Syn musiał powtarzać  klasę, kiedy na historii spytał, jakich argumentów użyli muzułmanie, że  udało im się pokojowo opanować Konstantynopol w 1452 roku i co się wtedy  stało z chrześcijanami mieszkającymi w tym mieście. Córka została  wyrzucona ze szkoły, gdy stwierdziła na lekcji wychowawczej, że Sobieski  nie jest bohaterem narodowym tylko terrorystą, ponieważ zamiast  zaproponować Kara Mustafie kompromis i podzielić się Wiedniem wzdłuż  Dunaju, potraktował go brutalnie husarią.
Sposobem na fobię jest unikanie tych sytuacji i przedmiotów, które  ową fobię pobudzają. I ja próbowałem tego sposobu. Przestałem czytać w  internecie i gazetach wiadomości, przestałem oglądać telewizję, z  Facebooka zrezygnowałem i za granicę nie jeździłem. Wszystko było dobrze  do momentu, kiedy spotkałem koleżankę szkolną, która wyjechała za  chlebem z masłem i szynką do Szwecji wiele lat temu, a teraz postanowiła  wracać, decydując się na polski chleb z pasztetową. Już po 10 minutach  wszystkie moje symptomy wróciły. Wprawdzie podejrzewałem, że ten kraj, w  którym ona mieszkała, to wcale nie jest Szwecja, bo przecież tam  żadnych gwałtów, napadów, ani dzielnic bez wstępu dla obcych nie ma, ale  ona się upierała, że to jednak Szwecja i że tam mieszka kilkaset  tysięcy ludzi, którzy chcą ten kraj urządzić zupełnie inaczej niż mnie  się wydaje. Wtedy się załamałem i wróciłem do czytania, słuchania i  oglądania, a fobia trwa w najlepsze. Już piętnaście lat.
Wiem, że nadziei na wyleczenie dużej nie ma, ale jednak jestem  optymistą. Służbom specjalnym udaje się zapobiec ogromnej większości  zamachów w Europie; coraz więcej ludzi uważa, że przybysze do Europy  powinni zachowywać się zgodnie z tutejszymi, a nie pustynnymi  zwyczajami, a nawet wśród tych przybyszów jest wielu takich jak  burmistrz Rotterdamu, który zwolennikom pustynnych obyczajów sprzed  półtora tysiąca lat powiedział „wypad”.
Dlatego mam wielką nadzieję, że nie będę musiał podobnego tekstu pisać dla upamiętnienia trzydziestolecia mojej choroby.

Komentarze